Aktualności,  NASZA ROZMOWA

OBAWIAM SIĘ O PRZYSZŁOŚĆ HUTNICTWA W POLSCE

ROZMOWA „MH” ZE STEFANEM DZIENNIAKIEM PREZESEM ZARZĄDU HUTNICZEJ IZBY PRZEMYSŁOWO-HANDLOWEJ W KATOWICACH

„MH”: Panie Prezesie! W mediach mówi się o złotym roku dla przemysłu hutniczego. Czy podziela Pan ten optymizm? Jaka jest sytuacja na rynku stalowym w Polsce i Europie?

Prezes Stefan Dzienniak.

St.Dzienniak: Sytuacja na rynku hutniczym jest obecnie dobra, powiedziałbym, że nawet bardzo dobra. Jednak zbyt wcześnie na hurra optymizm i mówienie o złotym roku, bo przed nami jeszcze 5 miesięcy, które mogą zmienić diametralnie tę sytuację. Tak było w roku 2008 kiedy ceny wyrobów stalowych rosły z tygodnia na tydzień bijąc kolejne rekordy. Trwało to osiem miesięcy, a we wrześniu i październiku byliśmy zmuszeni do wygaszania wielkich pieców, a te które zostały w ruchu produkowały ma technicznym minimum. Dlatego nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Dziś odrabiamy straty z ostatnich kilkunastu miesięcy, gdy  ceny znajdowały się w stałym trendzie spadkowym. Jakbyśmy spojrzeli na wykresy, to od lutego 2019 roku do końca lipca 2020 ceny wyrobów stalowych osiągały tak niskie poziomy, że producenci w Europie po prostu nie zarabiali. Do tego doszedł jeszcze Covid-19 i drastyczny spadek zamówień. Sytuacja wówczas była bardzo trudna. Wiele jednostek zostało czasowo wygaszonych, a w większości przypadków pracowały na minimum swoich zdolności.

              Tak było w krakowskim oddziale ArcelorMittal Poland, gdzie z powodów ekonomicznych wyłączono część surowcową. Nie byliśmy w stanie wytrzymać konkurencji z naszymi wschodnimi sąsiadami i to był powód podjęcia tej decyzji, która odbiła się na wielkości krajowej produkcji stali, która w roku ubiegłym osiągnęła 7,85 mln ton stali surowej, przy zużyciu jawnym niespełna 13 mln. Gdy wyłączano wielki piec w Krakowie nikt jeszcze nie słyszał o pandemii. Na początku 2020 roku wszystko wskazywało, że sytuacja poprawia się i ArcelorMittal Poland dokona restartu pieca. Lockdown i koronawirus pokrzyżowały plany. Po trwałym wygaszeniu części surowcowej w Krakowie na stałe utraciliśmy około 2 mln ton, co obniżyło pozycję naszego hutnictwa.

Zamkniecie wielu gospodarek unijnych doprowadziło do ogromnych problemów sektora stalowego w Unii. Wówczas nikt nie martwił się o hutnictwo, czy zdoła przetrwać. Z pierwszej fali wyszliśmy jako branża bardzo okaleczeni i trwająca teraz dobra koniunktura pozwala na odrobienie strat. Pytanie czy ten boom, jaki obserwujemy, potrwa na tyle długo, by hutnictwo odbiło się? Trudno wyrokować, bo sytuacja na rynku jest bardzo dynamiczna. A głoszenie, że to hutnictwo ponosi winę za wzrost cen, inflację, jest nieprawdziwe i krzywdzące. Rosną również ceny surowców, energii, które w konsekwencji odbijają się na cenach wyrobów stalowych. A przy tak dużym popycie i braku stali na rynku wzrost ten jest większy.

„MH”: Jaka jest więc zatem sytuacja na rynku stalowym w Polsce i Europie? Jakie pomimo dobrych generalnie wyników hutnictwa, rodzą się obawy co do jego przyszłości w kraju.

              St.Dzienniak: Wszyscy producenci w kraju pracują na pełnych mocach. Tam, gdzie jest to możliwe odkładane w czasie są remonty, czy modernizacje. Każdy chce wykorzystać maksymalnie ten czas, bo rynek nadal nie jest zrównoważony i w każdej chwili może nastąpić załamanie. Dopóki jest bardzo duża nadwyżka popytu nad podażą, sytuacja się nie zmieni. Na dzień dzisiejszy ta nierównowaga ma swoje uzasadnienie, gdyż brakuje stali. Jest to pokłosie polityki na jaką zgadzano się od kilkunastu lat.

              Import pokrywa 1/4 zużycia jawnego Unii Europejskiej. Jak ta stal nie dociera do Europy, to zaczyna jej na rynku brakować i rosną ceny. W Polsce te dysproporcje są znacznie większe. Po 4 miesiącach roku bieżącego import stanowi  aż 80 proc. zużycia. Te dane pokazują skalę problemu. Od wielu lat Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa wskazuje na kwestię rosnącego importu. Wielokrotnie ostrzegaliśmy, że nasz kraj utracił bezpieczny bufor na rynku stalowym. Nikt nas nie słuchał, a teraz wszyscy narzekają na wysokie ceny stali. Jeżeli obecni politycy w Brukseli nie zmienią podejścia do branży stalowej, to taki sam los czeka całą Unię Europejską. Będziemy zdani na dyktat cenowy producentów z krajów trzecich, których moce z roku na rok rosną.

              Właściciele i menedżerowie hut muszą myśleć, co będzie jutro, czy pojutrze, bo nierównowaga rynkowa, która sprzyja hutnictwu może się w każdym momencie się skończyć. Gdy kraje, które do tej pory dostarczały stal do Europy, zaspokoją swój wewnętrzy  popyt ponownie będą chciały lokować swoje towary u nas. Ceny spadną i bez odpowiedniej ochrony rynku unijnego będziemy mieli ogromne problemy.

W Rosji od 1 sierpnia br. wprowadzone ma zostać 15 proc. cło na eksport wyrobów stalowych poza strefę rosyjskich wpływów gospodarczych. W związku z tym w przyszłym miesiącu może dojść do zakłóceń w dostawach, a trzeba pamiętać, że z tego kierunku do Polski rocznie importuje się około 1,5 mln ton wyrobów. Kolejny 1 milion pochodzi z Ukrainy i Białorusi. Gdyby faktycznie czasowo przystopowane zostały dostawy, tylko z tych trzech krajów, to konsumenci wyrobów stalowych będą mieli ogromny problem. A my, choćbyśmy chcieli, przy dzisiejszych zdolnościach nie będziemy mogli zaspokoić całego zapotrzebowania.

Dochodzą do nas niepokojące informacje, trudne do zweryfikowania, z Chin gdzie rząd pozbawił producentów stali tzw. premii eksportowej i przekierował te środki dla importerów złomu. dziś dominującą w tym kraju technologią jest zintegrowany proces produkcji stali, w którym wytwarza się 90 proc. stali. Decyzja o premiowaniu importerów złomu może dowodzić, że następuje próba zwiększenia produkcji w piecach elektrycznych. W konsekwencji może spowodować to brak na rynku tego zdekarbonizowanego surowca, a tylko Unia Europejska eksportuje około 20 mln ton złomu rocznie. To zła informacja dla hutników z CMC Poland, Liberty Częstochowa czy Cognor – Ferrostal Łabędy, Alchemii, Celsy. Zwiększony popyt z całą pewnością podbije ceny, które już są bardzo wysokie. A co w sytuacji gdy tego złomu zabraknie? Z takim zjawiskiem mieliśmy już do czynienia w przeszłości.

              Podsumowując trzeba stwierdzić, że globalna sytuacja jest złożona i niepokojąca. Trudno cokolwiek planować, bo zmiany zachodzące na rynku są bardzo dynamiczne.

„MH”: W czym upatruje Pan główne zagrożenia?

St.Dzienniak: Od lat środowisko hutnicze zrzeszone w Hutniczej Izbie Przemysłowo-Handlowej na wszystkich spotkaniach, w różnych gremiach, na szczeblu samorządowym, wojewódzkim jak i państwowym, m.in. na posiedzeniach: Wojewódzkich Rad Dialogu Społecznego, posiedzeniach plenarnych Rady Dialogu Społecznego, Zespołu Trójstronnego ds. Restrukturyzacji Hutnictwa prezentuje te zagrożenia, którą są niezmienne, choć dochodzą nowe.

              Polityka klimatyczna Unii Europejskiej prowadzi do dekarbonizacji przemysłu i osiągnięcia zeroemysjności do 2050 roku. Proces ten w ostatnich dwóch latach mocno przyspieszył. Dziś stajemy przed ogromnym wyzwaniem jakim jest przejście przemysłu hutniczego na nowe technologie wytwarzania stali. Aby jednak móc produkować zieloną stal musimy mieć również zieloną energię, a z tym w Polsce jest duży problem, który w najbliższych latach nie zostanie rozwiązany.

              System ETS został uruchomiony w 2005 roku, obecnie mamy czwartą perspektywę, która obowiązuje do roku 2030. Z każdą kolejną darmowych uprawnień dla przemysłu było coraz mniej. I to wiedzieliśmy przystępując do ETS, bo przecież nasz kraj brał udział w pracach nad tym systemem. Wiedząc w jakim kierunku podąża Unia i że trzeba będzie pożegnać się z wysokoemisyjnym węglem Polska, w mojej ocenie, przespała ten czas i zlekceważyła zagrożenia związane z wysokimi cenami uprawnień CO2.  Prawdę mówiąc nie zrobiono nic w kierunku dekarbonizacji naszej energetyki, czy nawet zmiany miksu energetycznego. A głoszenie, że mamy węgla na 100 lat i nie oddamy naszego bogactwa naturalnego, było skrajnie nieodpowiedzialne. Teraz ponosimy i w najbliższych latach ponosić będziemy skutki takiej polityki. 

              Staraliśmy się prezentować, gdzie tylko było to możliwe, że energetyka oparta na węglu doprowadzi do katastrofalnych w skutkach decyzji dla przemysłu, a najbardziej odczują to energochłonni, w tym hutnicy. Nikt nas nie słuchał. Mamy najdroższą energię w Unii Europejskiej, choć sama jej produkcja jest mniej więcej na tym samym poziomie cenowym jak w innych krajach, ale po dodaniu wszelkich opłat i parapodatków okazuje się, że musimy zapłacić za 1 MWh około 100 złotych więcej aniżeli nasi konkurenci.

              Najgorsze jest to, że każdy kolejny rząd nie miał spójnej polityki energetycznej kraju, kontynuowanej przez następców. W końcu doczekaliśmy się dokumentu „Polityka energetyczna Polski 2040”, z którego jednoznacznie wynika, że na tańszą energię będziemy bardzo długo czekać, o ile w ogóle się jej doczekamy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że zastępowanie w produkcji energii węgla kamiennego i brunatnego gazem jest mniej emisyjne, ale dużo droższe, bo sam gaz jako surowiec jest 3 razy droższy od węgla. Nawet przy zmniejszeniu emisyjności o 40 proc. summa summarum za energię z gazu Polacy zapłacą więcej.

Hutnictwo, które stoi przed największą w historii transformacją technologiczną potrzebuje energii z niskoemisyjnych źródeł i po rozsądnych cenach. Nie mówimy dokładnie ile ma kosztować energia, ale nie chcielibyśmy by była ona droższa aniżeli średnia w krajach Unii, bo to nasz główny rynek zbytu i tu rozgrywa się walka o klienta. Niestety wiele wskazuje na to, że w najbliższej perspektywie niestety nie będzie taniej.

               W planach rządu jest rozwój morskiej energetyki wiatrowej, ale to perspektywa 10 lat. Ta energia jest potrzebna polskiemu systemowi energetycznemu, bo będzie zeroemisyjna, ale czy tańsza? Z danych jakie posiadamy jednoznacznie wynika, że najtańszym źródłem energii są wiatraki na lądzie oraz fotowoltaika. Tych dwóch źródeł rząd nie ujął w swojej strategii. Pytanie dlaczego? Pojawia się za to w 2035 roku energia z atomu. Czy jest to realna data? Wiemy jak kończyły się poprzednie zapowiedzi budowy elektrowni atomowej w Polsce.

Reasumując energia w Polsce będzie coraz droższa, co będzie skutkowało systematycznym pogarszaniem się konkurencyjności krajowej gospodarki, a w szczególności przemysłów energochłonnych. Aby odwrócić ten trend należałoby natychmiast uruchomić budowę farm wiatrowych na lądzie. Widzimy jak, przy wsparciu rządu, w ostatnich dwóch latach rozwinęła się produkcja energii ze słońca. I tak też mogłoby być w przypadku lądowej energetyki wiatrowej. Obecne przepisy uniemożliwiają jej rozwój, a w tej technologii produkcji prądu upatrujemy szans dla hutnictwa.

„MH”: Rząd zaproponował nowy korzystniejszy dla energochłonnych sposób naliczania opłaty mocowej. Proszę o przybliżenie tego projektu ustawy.

St. Dzienniak: Ustawa została przyjęta pod koniec 2017 roku i regularnie podejmowaliśmy rozmowy w tej sprawie, bo wiedzieliśmy, że jest ona szkodliwa dla energochłonnych. Mieliśmy obiecane przez ówczesnego wiceministra energii Grzegorza Tobiszowskiego, że otrzymamy odpowiednie ulgi, do opłaty mocowej. Jak wiemy Komisja Europejska na takie rozwiązania się nie zgodziła, dlatego przez cały ubiegły rok intensywnie zabiegaliśmy o odroczenie wejścia w życie tej opłaty i wypracowanie nowych regulacji. Osiągnęliśmy w tym zakresie mały sukces, bo opłata została przesunięta o trzy miesiące na 1 stycznia 2021. Nie spoczęliśmy na laurach i całych czas monitowaliśmy o zmianę sposobu naliczania tej opłaty dla energochłonnych. Pod koniec czerwca Sejm przyjął ją większością głosów. Teraz z niecierpliwością czekamy na Senat. Reparametryzacja opłaty mocowej została zaakceptowana przez Komisję Europejską i nie wymaga notyfikacji, więc jeżeli prezydent ustawę podpisze to może ona wejść w życie już we wrześniu. (…)

CAŁY WYWIAD PRZERCZYTASZ W MAGAZYNIE HUTNICZYM nr 15/2021