Aktualności,  NASZA ROZMOWA

JAKA PRZYSZŁOŚĆ KOKSOWNICTWA

ROZMOWA „MH” Z DR INŻ. ALEKSANDREM SOBOLEWSKI

DYREKTOREM INSTYTUTU CHEMICZNEJ PRZERÓBKI WĘGLA W ZABRZU

„MH”: Panie Dyrektorze! Podczas dorocznej konferencji Koksownictwo 2021 wiele mówiono o przyszłości przemysłu koksochemicznego na tle zapowiadanych zmian dekarbonizacyjnych w przemyśle stalowym. Czy podziela Pan optymizm jaki panował na sali?

Dr inż. Aleksander Sobolewski.

              A.Sobolewski: Nie nazywałbym tego optymizmem, ale realizmem opartym na faktach i sytuacji jaka panuje na rynku węgla koksowego jak i samego koksu. Myślę, wręcz jestem przekonany, że gdyby menedżerowie reprezentujący producentów koksu nie byli pewni, że ich biznes ma przed sobą przyszłość nie przyjechaliby na konferencję. Bo po co się spotykać i mówić o schyłkowej technologii?

              Do panelu ekspertów zaprosiliśmy przedstawicieli wszystkich stron tego biznesu. Byli więc menedżerowie Jastrzębskiej Spółki Węglowej, Koksowni Częstochowa Nowa, Biura Projektów Koksoprojekt, firmy handlowej Balta, a także naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej i Sieci Badawczej  Łukasiewicz Instytutu Metalurgii Żelaza. Dzięki tak szerokiemu spektrum panelistów mogliśmy poznać opinię na temat przyszłości koksownictwa w Polsce i Europie. Podczas dyskusji wielokrotnie podkreślano, że stal jest materiałem konstrukcyjnym, nie tylko wieku XIX, ale też XXI. Jest materiałem w 100 procentach recyklingowalnym, a więc idealnie wpisującym się w ideę Gospodarki Obiegu Zamkniętego. Może i są lepsze materiały konstrukcyjne od stali. Lżejsze, bardziej wytrzymałe. Jednak patrząc na realny poziom skali produkcji, układ kosztów wytwarzania plus możliwości recyklingu – stal bije wszystkie inne materiały konstrukcyjne na głowę. Dlatego moim zdaniem stal będzie z nami jeszcze przez długie lata. Pozostaje tylko pytanie: Jaka stal?

Wydaje się, że w Europie są dwie drogi. Hutnictwo elektryczne napędzane prądem z OZE i wykorzystujące złom jako surowiec, oraz hutnictwo w układzie tradycyjnym z modyfikowanym wielkim piecem wykorzystującym w coraz większej skali wodór, ewentualnie biometan lub toryfikowaną biomasę.  Na horyzoncie pojawia się trzecia, ale na dzień dzisiejszy bardzo droga technologia DRI czyli bezpośredniej redukcji tlenków żelaza. Każdej z nich potrzebna jest ogromna ilość energii i to zielonej energii. Aby ją zapewnić przemysłowi musimy rozpocząć głęboką transformację energetyczną. Jak szybko ona będzie postępować?

Wszyscy eksperci jednomyślnie zgodzili się, że dekarbonizacja to droga, z której nie ma już odwrotu. Jedyna dyskusja jaka może się toczyć, to jak szybko ma to nastąpić. Młodzież, która wychodzi na ulicę i skanduje hasła o ratowaniu świata jest niestety oderwana od rzeczywistości i oczekuje, aby ta transformacja dokonała się jak najszybciej, a najlepiej w 5 lat. Politycy mówią o roku 2050. Jednak patrząc na realia wydaje się, że w niektórych gałęziach przemysłowych jest to termin mało realny. Zdaniem naszych panelistów może to potrwać nawet 50 lat. Dopiero po tym czasie zaczniemy odczuwać znaczący wkład nowych rzeczywiście zeroemisyjnych technologii. Moim zdaniem wielkie piece wykorzystujące koks będą pracować na świecie jeszcze w 2100 roku. Będzie ich znacznie mniej, ale nadal będą. Czy także w Europie? Nie wiem.

„MH”: W Polsce obecnie budowane są nowe baterie koksownicze, które powinny pracować przez minimum 30 lat…

A.Sobolewski: Obecnie w Polsce budowane są dwie baterie w Koksowni Częstochowa Nowa i JSW Koks. Ich nominalny czas życia to 40 lat, a przy odpowiednim prowadzeniu procesu, o czym mówiliśmy również podczas konferencji, powinno być to 50, a nawet 55 lat. Jeżeli inwestorzy otrzymali pozwolenia na budowę oraz zapewnili stosowne środki inwestycyjne i zdecydowali się na budowę nowych instalacji, to muszą być pewni, że przez ten okres będą z niej, mówiąc kolokwialnie, żyć. Tak więc nie popadajmy w panikę. Jeżeli w UE są zamykane wielkie piece to z innych powodów. Po pierwsze są to wyeksploatowane jednostki, których nie ma sensu modernizować, a po drugie dochodzi do wyłączania agregatów ze względów środowiskowych, a nie klimatycznych. Ochrona środowiska jest zupełnie czymś innym niż ochrona klimatu. Ochrona środowiska to są działania, które eliminują np. emisję pyłów i szkodliwych związków chemicznych. Innymi słowy, działania by Polska nie była „czerwoną mapą” np. dla benzoalfapirenu w UE.  Bo właśnie te zanieczyszczenia wpływają negatywnie na zdrowie ludzi. Niestety przy całym szaleństwie klimatycznym zapominamy o tej oczywistości.

Trzeba postawić sprawę jasno, że produkcja hutnicza w centrum wielkiego miasta jest dla mieszkańców uciążliwa, gdyż  wiąże się z emisjami. Owszem można cały proces zhermetyzować, ale pytanie za jakie pieniądze i czy jest to opłacalne. Każdy menedżer podejmuje decyzje w oparciu o rachunek ekonomiczny. Albo decyduje się na zainwestowanie gigantycznych pieniędzy w ochronę środowiska,  albo zwija interes, albo przenosi go w inne miejsce, gdzie nie ma takich obostrzeń.

„MH”: Jednak do tych wszystkich aspektów, o których Pan mówi dochodzą stale rosnące ceny uprawnień emisji CO2, które zagrażają hutnictwu. Czy również koksownictwu?

A.Sobolewski: Tak to prawda, to kolejny element, który może doprowadzić do utraty konkurencyjności naszego przemysłu. I to nie z powodu, że jest emisyjny, ale przede wszystkim, że jest obciążony opłatami w ramach ETS, których nie ponoszą inne kraje spoza UE. Jak wszyscy wiemy ceny uprawnień od początku roku drastycznie wzrosły. Moim zdaniem w sposób nieuzasadniony, co wskazuje, że są to w dużej mierze działania spekulacyjne.

Dekarbonizacja gospodarek europejskich jest faktem. Unia Europejska wyznaczyła jednoznaczny kierunek, którym będziemy podążać, by osiągnąć neutralność klimatyczną. Obecnie prowadzona polityka nie jest tylko i wyłącznie ustawiona na perspektywiczną ochronę klimatu, ale jest w dużej mierze ukierunkowywana przez środowiska tzw. zielone, które chcą zmian tu i teraz. Dlatego uważam, że jest to pomieszanie ideologii z elementarnym brakiem wiedzy. Aby było jasne, osobiście jestem gorącym zwolennikiem transformacji energetycznej gospodarek UE, ale przy zachowaniu zdrowego rozsądku z poszanowaniem interesów gospodarczych i społecznych. Przy takim podejściu ma to ogromny sens. Pamiętajmy, że Europa jest kontynentem wyeksploatowanym z większości surowców i musimy w tym zakresie zrobić wszystko, by nie być uzależnionym od dostaw – szczególnie z zapalnych regionów świata. Do tej pory wydawało się, że w dobie światowej gospodarki wolnorynkowej dostęp do surowców będzie nieograniczony i bezproblemowy. Mity bezpieczeństwa w Europie zostały obalone, co pokazała pandemia COVID-19.

Społeczeństwo europejskie jest przyzwyczajone do pewnych standardów i dobrobytu. Dlatego obrany kierunek uniezależnienia się od innych jest dobry. Dysponujemy kapitałem, ogromnym potencjałem intelektualnym, który trzeba wykorzystać, by przestawić przemysł na samowystarczalność, nie tylko energetyczną, ale także surowcową. To ma głęboki sens. Ale tak ambitny cel musi być rozłożony w czasie. Według mojej wiedzy jest to program na kilkadziesiąt lat, a nie na 10 czy 15, jak tego chcą „zieloni”. (…)

CAŁY WYWIAD PRZECZYTASZ W NAJNOWSZYM NUMERZE „MH” 23/2021